O autorze
Niegdyś szalona reporterka radiowa, która tresowała tygrysy, biegała po mieście za zagubionymi łosiami i latała szybowcem. Obecnie, podobno niezmiennie szalona – bo kto dziś decyduje się na tak dużą rodzinę, jak nie szaleńcy – żona jednego męża i mama pięciorga dzieci. Z wykształcenia etyk, z zamiłowania redaktor. Obala mity związane z macierzyństwem, zawsze chętnie dowartościowuje pracę kobiet w domu, działa na rzecz rodziny.

Jesteśmy stworzone do miłości

Małgosiu, skoro postanowiłaś do mnie napisać tak osobiście, pozwól teraz, że jeszcze raz i ja do Ciebie napiszę. Jako matka i kobieta.

„Moją misją są dzieci. Aby rodziły się w miłości i odpowiedzialności dorosłych” – piszesz w podsumowaniu swojego listu adresowanego do mnie. Świetnie. Wiesz, też mam taką misję, czego dowodem są chociażby moje cudowne dzieci.



Dla mnie dar, dla wielu obcych osób, które regularnie mnie zaczepiają, już niekoniecznie. I te ich pytania – a czy to wpadka, a czy na pewno wszystkie były planowane. Nie wdaję się w takie dyskusje, nic tym ludziom do tego. Ale widać niektórych to drażni, męczy. A może… odzywają się wyrzuty sumienia.

Może z jakiegoś powodu kiedyś w swoim życiu uznały, że dziecko będzie dla nich ciężarem, przeszkodą, że sobie nie poradzą, że przecież to był tylko przygodny seks, więc szybko trzeba się pozbyć jego ewentualnych konsekwencji. I może kiedy patrzą na moje szczęśliwe dzieci, czegoś im szkoda, czegoś im żal.

Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby któreś z moich dzieci się nie urodziło? Co by było, gdyby ktoś, widząc moje obawy i lęki, podsunął mi szybkie rozwiązanie? Przekonał mnie, że jedna tabletka przecież niczego nie zmieni, a ja będę szczęśliwsza, bo to w końcu „mój brzuch, i moja sprawa”. Widzę i wiem, o ile smutniejsze i uboższe byłoby moje życie. I wiesz, nie potrafiłabym spojrzeć w oczy ani dzieciom, ani mężowi.

Na szczęście nigdy takich pomysłów, ani doradców nie miałam. Bo mam obok mężczyznę, odpowiedzialnego, wspierającego, który dodawał mi zawsze sił, kiedy wątpiłam. Mam mądrych lekarzy, dla których od samego początku każde moje dziecko było dzieckiem, a nie płodem czy zlepkiem komórek, tak przecież nieistotnych, jak niektórzy próbują nam wmawiać. A to tylko klasyczny mechanizm wyparcia, zagłuszanie sumienia.

Piszesz o odpowiedzialności. Tak, jako rodzice bardzo chcielibyśmy nauczyć nasze dzieci takiej postawy. Bo odpowiedzialność, to umiejętność dokonywania właściwych wyborów, ale także ponoszenie konsekwencji swoich działań. Nawet takich trudnych jak urodzenie i wychowanie dziecka, także wtedy, gdy wydaje nam się, że nie jesteśmy na to gotowi.

Odpowiedzialna osoba wie, że z każdego seksu, nawet najlepiej „zabezpieczonego”, może być dziecko. Nie ciąża, bo ciąża to stan fizjologiczny organizmu kobiety. Ciąża to zawsze „coś”. W wyniku współżycia powstaje DZIECKO. CZŁOWIEK. I nie trzeba tu edukacji seksualnej, żeby to wszystko wiedzieć. Tym bardziej, że ta proponowana i lansowana przez środowiska liberalne wcale odpowiedzialności nie uczy. Nie uczy wierności zasadom, ani drugiemu człowiekowi. Uczy jedynie, że dobre jest to, co mi sprawia przyjemność. To ja jestem najważniejszy, a nie drugi człowiek.

Ideałem byłoby, gdyby każde dziecko, które przychodzi na świat, było chciane i kochane. Ideałem by było, gdyby każde poczynało się w pięknym łożu w blasku świec. Ale sytuacje idealne zdarzają się rzadziej, niż nieidealne. A do tego zapewniam Cię, że wiele z dzieci, które na początku ciąży było niechcianych, teraz jest radością swoich rodziców. Wielu wspaniałych, szczęśliwych ludzi, którzy nawet o tym nie wiedzą, też było „niechcianą ciążą”.

Piszesz o gwałcie. To niewątpliwie straszliwa zbrodnia, tyle że nie dziecko jest za nią odpowiedzialne. I powiem Ci, że ludzie powołani do życia w traumatycznych okolicznościach, dziś dziękują swoim matkom za życie. Bo lepiej żyć, niż nie żyć. Nie wiem, czy wiesz, ale w Stanach Zjednoczonych są organizacje skupiające osoby poczęte w wyniku gwałtu. Tu jedna z historii: „Wendy poczęła się, gdy jej 19-letnia matka została zgwałcona. Po urodzinach oddano ją do adopcji. Ale ona, gdy miała 28 lat odnalazła matkę. – Nigdy nie zapomnę, gdy ona po raz pierwszy zobaczyła swoje wnuki – moją czwórkę dzieci. I ze łzami w oczach powiedziała do mnie: „warto było zrobić to wszystko” – wspomina Wendy”.

Życie ludzie zaczyna się w momencie poczęcia. To fakt biologiczny niepodlegający dyskusji. Niezależnie jak do tego poczęcia doszło, od momentu, gdy połączy się komórka jajowa i plemnik mamy do czynienia z nowym człowiekiem. Ten człowiek ma nie tylko prawo do życia, on cały jest pragnieniem miłości. A my kobiety jesteśmy tak skonstruowane fizycznie, psychicznie i duchowo, by tę miłość dziecku ofiarować. Bez niej nasze życie też traci sens.
Trwa ładowanie komentarzy...