Stop pornografii na ulicach

Siermiężne sex shopy z lat 90. przynajmniej miały grube zasłony, zza których nic nie było widać. Dzisiejsze sklepy z gadżetami erotycznymi prezentują towar na eleganckich wystawach. Wszystko na wysokości oczu dzieci.



Centrum Warszawy. Okolica jednej z nowych stacji metra. Podekscytowana przejażdżką podziemną kolejką dzieciarnia dziarsko zmierza na ciepłą herbatę do dziadków. W długim bloku, wzdłuż, którego idziemy, kolorowe wystawy – sklep spożywczy, naczynia z jednej z polskich fabryk ceramiki, gdzie akurat oko przyciąga ogromny dzbanek i świąteczne pisanki. Każdy chce zobaczyć, jakie cuda jeszcze kryją się w środku. Obok kolejny sklep. Z daleka jakieś kolorowe przedmioty – żółte, różowe, niebieskie. Niczym zabawki dziecięce. Tęczowe barwy przyciągają wzrok. I konsternacja… to nie kolorowe zabawki, a wibratory.

Przedmioty w kształcie męskich narządów płciowych leżą sobie na wystawie w towarzystwie innych gadżetów erotycznych. Wszystko za ogromną szybą wystawową, na wysokości oczu dzieci.

Nie, nie zapytały co to. Urządziliśmy wyścigi, żeby odwrócić ich uwagę. W sumie to nawet odetchnęłam z ulgą, bo nie wiem, jak wytłumaczyć małym dzieciom, do czego owe przedmioty służą. Znam swoje dzieci, znam ich wrażliwość i sądzę, że wiedza taka mogłaby być dla nich szokująca. Tak, my jako rodzice mamy chronić nasze dzieci. Mamy dbać o to, żeby dostawały informacje dostosowane do swojego wieku, mamy ich nie szokować, ani nie rozbudzać ich wyobraźni. Dlatego skandalem dla mnie jest, że na ruchliwej ulicy, po której każdego dnia chodzą mniejsze i większe dzieci, tego typu sklepy działają legalnie i wykładają swoje towary na wystawach.

Niech sobie działają w „czerwonych dzielnicach”, albo zasłaniają wystawy, a nie epatują przechodniów widokiem męskich genitaliów. Może Rzecznik Praw Dziecka zainteresowałby się tym problemem i w ogóle problemem pornografizacji przestrzeni publicznej, z której korzystają także dzieci.

Ale wystawy to nie wszystko. Coraz częściej nad głowami wiszą wielkie bilboardy o tematyce wręcz erotycznej, a za wycieraczki samochodów wkładane są oferty agencji towarzyskich. Kiedy 10 lat temu pracowałam w radiu regularnie przygotowywałam materiały na temat owych ulotek wkładanych za wycieraczki samochodów zostawionych w centrum miasta. Przez 10 lat nikt nic z tym nie zrobił i nadal obrazki z roznegliżowanymi paniami w wyuzdanych pozach lądują za wycieraczkami. I znów wyścig. Czy my rodzice zdążymy wyjąć kolorową karteczkę, czy zrobi to nasze dziecko, przy okazji oglądając panią w stroju, który zarezerwowany powinien być co najwyżej do sypialni, a na pewno nie na ulicę.

I nieszczęsne prezerwatywy. Nie, nie powinny stać na stacjach benzynowych czy innych sklepach przy gumach i cukierkach. Jakoś z pismami z roznegliżowanymi paniami na okładkach się udało. Stowarzyszenie Twoja Sprawa przeprowadziło świetną kampanię Kto chce, może kupić, ale okładka jest zasłoniona, ze względu na dobro dzieci. I podobnie mogłoby być z prezerwatywami. W końcu na widoku leżeć nie muszą.

To wszystko to świat nas dorosłych, do którego dzieci wpuszczać nie chcemy. To, co dzieje się za drzwiami sypialni, jest sprawą rodziców i nie ma powodu, żeby cztero-, czy sześciolatka wtajemniczać w to wszystko. Z czasem, powoli, z szacunkiem dla ich wrażliwości my rodzice i ten aspekt wyjaśnimy. Z poszanowaniem ich godności.

Ulica, plakat czy sklep tej godności, wrażliwości i niewinności dzieci nie szanują. Epatują obrazami dla nich niedostosowanymi. Dlatego apeluję, do wszystkich, którym na dobru dzieci zależy, niech przestrzeń publiczna będzie wolna od takich widoków.
Trwa ładowanie komentarzy...