Czasem i dziecko może poczekać

Poczucie winy - to uczucie towarzyszące nam matkom bardzo często. Ostatnio sporo wpisów blogowych dotyczyło choćby tego, że my dorośli też mamy swoje obowiązki i nie jesteśmy w stanie w stu procentach poświęcić się dziecku. Bo maile, bo telefony, bo obiad. Miliony powodów i każdy ważny. I w tym wszystkim jeszcze dziecko ze swoimi potrzebami, które też należałoby spełnić, bo przecież ileż można mówić „zaraz”, „za chwilę”, „poczekaj”. Skwaszona mina kilkulatka łamie nam serce i wpędza w poczucie winy.

Chyba niepotrzebnie. Dziecko też przecież może czasem poczekać. Dziecko też może pobawić się samo. Dziecko może nam potowarzyszyć w czasie naszych obowiązków. Jeśli dzieci pozwolą mi przez godzinę na przykład przed obiadem zająć się swoimi sprawami, po obiedzie możemy iść razem na spacer, albo na plac zabaw. Ja mam spokojną głowę, bo nie mam zaległości, a one się cieszą, że mama jest dla nich, a nie myślami przy redagowanym tekście.



Dziecko naprawdę nie jest bożkiem, ani pępkiem świata. Jest dzieckiem, które również musi szanować to, że rodzic ma do zrobienia coś innego niż tylko zabawa. Tak, wiem, łatwo nie jest. I sama uczę się tego cały czas. I uczę dzieci. W dużej rodzinie jest pod tym względem ciut prościej. Bo nie da się wychować pięciu „pępków świata”. Ktoś musi ustąpić, zaczekać. Ktoś był ze swoimi prośbami pierwszy, a mama jest tylko jedna i choćby nie wiem, jak się starała, nie rozdzieli się na pięć kawałków, żeby teraz, natychmiast spełnić czy zaspokoić potrzeby wszystkich naraz. A z jakiegoś powodu zazwyczaj bywa tak, że wszyscy chcą czegoś na raz, i nie jest to bynajmniej to samo.

Czasem to nawet żałuję, że nie jestem ośmiornicą, bo byłoby zdecydowanie prościej. A tak mam tylko dwie ręce i jakiś porządek trzeba wprowadzić. A że jest bunt? Ktoś się boczy? Trudno, skończę jedną rzecz, zajmę się kolejną. Jeśli nikomu nie dzieje się krzywda, może poczekać. Korona mu z głowy nie spadnie.

Poczucie winy często towarzyszy nam matkom wtedy, kiedy pojawia się kolejne dziecko. Zazwyczaj drugie. Bo przy trzecim i następnym tak już się nie myśli. Wiele matek myśli, że coś swoim pierworodnym zabiera. Że teraz czas i uwagę będzie musiało dzielić na dwoje. Macierzyństwo to też szkoła dyplomacji i kompromisów. O ile kilkulatkowi mogę wyjaśnić, że musi zaczekać na zabawę ze mną, bo na przykład karmię najmłodsze dziecko, o tyle niemowlęciu już tego nie przetłumaczę.

A że jestem przeciwniczką zostawiania płaczącego dziecka do tzw. wypłakania, jego potrzeby zaspakajane są w pierwszej kolejności. Najwyżej połączymy przyjemne z pożytecznym i jednocześnie nakarmimy niemowlę i poczytamy starszakowi. Da się, przerabialiśmy wielokrotnie. Zawsze o pomoc można też poprosić starsze rodzeństwo. Skoro już opanowało umiejętność czytania, niech poczyta bratu. Przy okazji czytanie poćwiczy, a młodsze rodzeństwo będzie zachwycone.

Obserwując różne dzieci, mam czasem wrażenie, że nauczyliśmy je, że ich potrzeby są priorytetem i choćby się waliło, paliło musimy wszystko rzucić, bo inaczej dziecku będzie przykro. A najlepiej jeśli zaczniemy spełniać prośby zanim dziecko o tym pomyśli i swoje oczekiwania wobec nas zwerbalizuje. Ale skoro zdecydowana większość rodzin to rodziny z jednym dzieckiem, do tego zawsze chętni do pomocy dziadkowie, a często i pradziadkowie, to okazuje się, że wokół jednego dziecka „skacze” co najmniej sześcioro dorosłych osób.

No to po co ono ma czekać? W końcu jak pisze Gary Thomas: „Rodzice nadmiernie skupieni na swoich dzieciach są dla nich mili tylko wtedy, kiedy one są miłe dla nich. Takie osoby stają na rzęsach, jeśli tylko dzieci doceniają ich poświęcenie. Rodzice, których życie kręci się wokół dzieci, uzależniają swoje działania od ich reakcji”.

Żeby było jasne, nie piętnuje jedynaków. Zastanawiam się tylko, czy wszystko musi się kręcić zawsze wokół dziecka. Jest ono ważne, trzeba je wysłuchać, przytulić, pobyć z nim, pobawić. Czy mam mieć wyrzuty sumienia, że zajmuję się obiadem, który dla dzieci gotuję, albo że posprzątam, kiedy one układają klocki? Czy mam się frustrować tym, że odpiszę na maila, albo coś przeczytam, i nie jest to kolejny „Franklin” czy inny „Tupcio Chrupcio”? Nie dajmy się zwariować. Zamiast się frustrować to co się da, róbmy wspólnie. A jeśli się nie da, dziecko naprawdę może poczekać. Bo cierpliwość to cnota, której dzieciom coraz częściej brakuje. I nam dorosłym niestety też.
Trwa ładowanie komentarzy...